Romans we Francji

Żydowskie chmury nad marszami niepodległości: Czy ”ONR” będzie pałować polskich antysemitów na żydowskie zlecenie?

2018.08.10 09:59 Gazetawarszawska Żydowskie chmury nad marszami niepodległości: Czy ”ONR” będzie pałować polskich antysemitów na żydowskie zlecenie?

Żydowskie chmury nad marszami niepodległości: Czy ”ONR” będzie pałować polskich antysemitów na żydowskie zlecenie?
https://preview.redd.it/p4g39vcn28f11.png?width=1149&format=png&auto=webp&s=32503108b32825fda6b642477ddb6e5188105878

Żydowskie chmury nad marszami niepodległości: Czy ”ONR” będzie pałować polskich antysemitów na żydowskie zlecenie?

OKUPACJA ŻYDOWSKA W POLSCE 08 AUGUST 2018
+++
Laudetur Iesus Christus
Żydowskie chmury nad marszami niepodległości: Czy ”ONR” będzie pałować polskich antysemitów na żydowskie zlecenie?
Biorąc pod uwagę rozwój sytuacji wśród „ruchów narodowych” w Polsce, pytanie to nie jest retoryczne, ale wyraża ono stan faktyczny – Polska 2018.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/1676-zydowskie-chmury-nad-marszami-niepodleglosci-czy-onr-bedzie-palowac-polskich-antysemitow-na-zydowskie-zlecenie
Ostatnie wydarzenia związane z uzewnętrznionym terrorem żydowskim w dniu 1 sierpnia 2018 w Warszawie w postaci blokady przemarszu „pochodu Powstania” dają przesłanki do takiego osądu. „ONR”- owskie pałowanie z nakazu ambasady Żydaera w Warszawie, czy też - co gorsza - skutkiem własnej poprawności politycznej od dawna wisi w powietrzu.
Sama blokada tego przemarszu to rezultat wojny hybrydowej, hybrydowego terroru żydowskiego na Polakach, dokonanego również rękami samych organizatorów „ONR” i im podobnych – a to na zasadzie zwykłej ustawki. Bo „ONR” jest pod kontrolą żydowską. Ustawka związana z marszami w Warszawie jest aż nadto widoczna i to już od lat, a ojcem chrzestnym, czy zwiastunem takiego rozwiązania był żyd Wildstein.
📷
https://vod.gazetapolska.pl/697-rozmowa-niezalezna-dawid-wildstein
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/1634-bezczelnosc-zydowska-zyd-bedzie-prowadzil-marsz
W Polsce jest symptomatyczne, bardzo łatwo rzuca się w oczy to, że szeroko rozumiane organizacje i jednostki: „ruchu narodowego”, „prawicy”, „nacjonalistów”, „walki z lewactwem” etc. pod płaszczykiem takiej to „nacjonalistycznej” retoryki chodzą na krótkiej smyczy interesów żydostwa. Rzecznicy tych „narodowych” stworów zarzekają się sumiennie, że nie są antysemitami, obecność żydowska w Polsce nic im nie szkodzi, chcą dla żydów sprawiedliwości, godności, no i sympatyzują z Izraelem, który według nich jest naszym cywilizacyjnym sojusznikiem na Bliskim Wschodzie. Chełpią się nawet tym, że w przedwojennym ONR było wielu żydów, i ONR tępił antysemityzm, i to do spółki z sanacją, a ONR-wców, deklarujących antysemickie poglądy, zamykano w więzieniach. Kultowym osiągnięciem ONR-u ma być śmierć Mosdorfa w Oświęcimiu, w obronie żyda przed strażnikiem obozowym (nazistą).
Wojna hybrydowa stosowana przez żydowskiego okupanta w Polsce polega między innymi na stworzeniu, w kraju i wśród Polonii w świecie, różnych „polskich” organizacji, które jako aktywne w różnych płaszczyznach społecznych działają pod pełną kontrolą Mossad-u. Nawet jeśli nie wszystkie lokalne, oddolnie powstające komórki są kontrolowane, to jednak gdzieś w którymś miejscu, w imię jedności organizacyjnej, muszą się podporządkowywać innym, w których ta kontrola ma miejsce. Tak było w przypadku oddolnie powstającej Ligii Polskich Rodzin, na której czele ostatecznie stał ...R. Giertych, obecny "adwokat" PO. Dzięki temu „dwustronna” gra polityczna, walka, każda awantura uliczna jest faktycznie jednostronna – ustawiona i zawsze kończy się na grze do jednej bramki. Do polskiej bramki.
Najwidoczniejszym przykładem tego systemu jest układ rządu i opozycji. Gdzie rząd stara się jak może, ale ciągle się to nie udaje, bo opozycja nie śpi i przeszkadza. Tak jest to bezustannie od czasu Okrągłego Stołu. Ale te ostanie rządy PIS są już absolutnym majstersztykiem filosemickiej obłudy, zdrady stanu, rasizmu, żydowskiego łupiestwa i sabotażu Państwa dokonanego przez sam rząd. Gdzie rządowe zapotrzebowanie na destrukcję ze strony „opozycji” jest aż tak duże, że PO – opozycja - nie daje rady z realizacją tego zapotrzebowania, więc rząd PIS pomaga jak może i uprawia autosabotaż. Przykładem tego jest np. Komisja Wenecka, którą zaprosił do Polski rząd żydówki Szydłowej, a to tylko bardziej jaskrawy przykład, bo jest cały szereg innych mniejszych organizacji sabotażowych, które są organizowane, finansowane, chronione przez rząd RP. Zupełnie ostatnim przykładem jest nietykalność bandytów, najemników, terrorystów KOD, którzy są chronieni przez policję, a tak skutecznie, że niedawny „ukrainiec”, który popychał i atakował policję przez wiele dni nie został odnaleziony. A kiedy się już odnalazł - wnuk żyda, ubowca Jerzego M. Modlingera - to okazał się być etatowym zatrudnionym w TVP u żyda Kurskiego. Żyd z żydem, żydowi, dla żyda …etc, …zawsze….nawet kiedy ci żydzi afiszują się tym, że stoją po przeciwnej stronie barykady.
Sami organizatorzy marszu Niepodległości, różnych „ONR” czy ruchów narodowych to najczęściej prości spadkobiercy żydowskich organizacji narodowców fasadowych: ZChN czy LPR. Organizacje te powstały w Polsce w 1989 roku na trupie niedoszłego Stronnictwa Narodowego - jako próby jego reaktywacji w Warszawie. Reaktywacja ta nie udała się z powodu rozbijactwa politycznego – sabotażu – ze strony takich polityków, jak W. Chrzanowski, M. Giertych czy A. Macierewicz.📷
Przypomnijmy, że zaraz po Okrągłym Stole powstała myśl reaktywacji w Polsce Stronnictwa Narodowego. Po II WS Stronnictwo Narodowe, niesłusznie nazywane londyńskim, miało swoją siedzibę w W. Brytanii i z stamtąd prowadziło, co prawda ograniczoną, działalność polityczną – ale zachowało ciągłość prawną. Stronnictwo Narodowe (londyńskie) było i pozostaje jedynym tożsamym organizmem politycznym mającym prawo do nazwy – a to jako legalny twór polityczny o zachowanej ciągłości statutowej Stronnictwa Narodowego przedwojennego, Romana Dmowskiego (Tadeusz Bilecki był prezesem - 1939). Zamysł reaktywowania Stronnictwa Narodowego w Warszawie zrodził się w 1989, zaplanowano go tak, aby dokonać scalenia ze Stronnictwem Narodowym – w Londynie – prezesem był Antoni Dargas.
Na kongresie inauguracyjnym w Warszawie w Gmachu Głównym Politechniki Warszawskiej w roku 1989 do takiej zaplanowanej reaktywacji Stronnictwa jednak nie doszło. „Ojcem reaktywatorem” był Wiesław Chrzanowski ze swoim cichym mentorem Antonim Macierewiczem, którzy to dwaj tak kręcili obradami zjazdu założycielskiego, że duża część zwolenników Stronnictwa Narodowego – nawet przedwojennych członków SN – zniechęcona, opuściła obrady, a ci, którzy pozostali na tych obradach - proklamowali ZChN.
Niemal równocześnie Maciej Giertych założył „Stronnictwo Narodowe” w Warszawie. M.Giertych miał wybitnie niechętny i pogardliwy stosunek do legalnego Stronnictwa Narodowego w Londynie i zwykł prowokacyjnie pytać: „a kogo oni reprezentują, skoro nie mieszkają w kraju?”. Giertych uważał, że skoro on „mieszka w kraju” to ma większe prawa niż londyńscy emigranci. Skończyło się tak, jak się skończyło, podobnie jest z redakcją „Myśl Polska”, która nie ma nic wspólnego z "Myślą Polską" w Londynie i jest już otwarcie redakcją tuzinkowych złodziei, którzy kradną prawa autorskie do zdjęcia Jędrzeja Giertycha.📷
Redakcja ta jest tak bezczelna, że nawet nie odpowiada na maile z wezwaniem do usunięcia fotografii Jędrzeja Giertycha, do którego nie ma praw. A o jakiejkolwiek kontynuacji ideowej też nie może być mowy.
Podobnie jest z innymi organizacjami post-historycznymi w III RP.
Szczególnie ta nazwa - ONR - nie jest używana legalnie przez obecny „ONR”, bo nie ma na to jakiegokolwiek nadania od żadnego, autentycznego funkcjonariusza ONR. A faktycznie, jest nawet absolutnie przeciwnie, bo w sądzie rejestracyjnym jest zadeklarowane oświadczenie mówiące, że obecne „ONR” odcina się od ONR. Zatem „ONR” nie jest ONR-em i nazwę tę używa nielegalnie, a to podobnie z symbolem - mieczem Ruchu Narodowo-Radykalnego Falanga.
W świetle tej antynarodowej kultury reprezentowanej przez te „nacjonalistyczne”, „prawicowe” organizacje i portale trzeba podkreślić ich wyzucie z polskiej i europejskiej tradycji, czy cywilizacji.
Autentyczne polskie organizacje historyczne: Liga Narodowa, Stronnictwo Narodowe, ONR, OWP, Falanga, czy liczne związki chrześcijańsko-narodowe miały – mimo wzajemnych napięć i sporów – charakter pronarodowy, prospołeczny i negowały walkę klas. O ile nikt tam nie popierał socjalizmu czy lewicowości, to nigdy nie wykluczał ze społeczności innych Polaków. A co obecnie jest to nagminne w Polsce pod hasłem zwalczania „lewactwa”. A to szczególne Dmowski nigdy nie pozwoliłby na akcentowanie wykluczania ze wspólnoty narodowej „innych” Polaków. I takie hasła „raz sierpem raz młotem czerwona hołotę” nie mogły mieć miejsca u Dmowskiego, czy wśród faszystów. Dmowski autentyczny geniusz pióra politycznego, którego pisma są wzorem klarowności kunsztu pisarstwa społecznego, zawsze podkreślał, na koniec swoich wywodów, że inni może mogą myśleć inaczej niż on sam. Dmowski, przez jakiś czas, miał gospodarstwo rolno-produkcyjne i do personelu tam zatrudnionego zawsze zwracał się „per Pan”, a nigdy nikogo nie „tykał.”
Ale to było tak jedynie na płaszczyźnie narodowej i społecznej. Na płaszczyźnie żywiołów obcych germaństwa i żydostwa nie było już takiego wersalu. Szczególnie żydostwo było surowo tępione tak słowem, jak i ramieniem. Żaden ONR nigdy nie oddałby jakiegokolwiek honoru „Mosdorfowi”, który walczył i poległ w obronie żyda! Żaden faszysta czy ONR-owiec nigdy nie szczułby ani na Francuza, ani na Niemca w ich wojnach z żydami, jak to widać i słychać obecnie wśród tych „prawicowców” ONR-ców, czy kawiarnianych faszystów publikujących na YT, którzy jak tylko mają okazję, to podkreślają, że są i dobrzy żydzi - żydzi polscy patrioci. Co jest absolutnym przeciwieństwem postawy Adama Doboszyńskiego, który mówił i planował wyrzucenie żydów z Polski, a to bez dyskusji o tym, czy są dobrzy, czy źli.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/81-adam-doboszynski-list-do-zyda
Jest zastanawiajcie to, że organizacja „ONR”, tak wyraźnie pozbawiona poparcia społecznego, nie prowadząca jakiejkolwiek pracy ideowo-politycznej, tak nagle staje się głośna. A to, że akurat jest to nagłośnienie negatywne, przez media poprawności politycznej, jest jedynie dodatkową reklamą – bo niczym innym. Bo jest przecież wiadome, że te żydowskie media wiedzą, że najlepszą formą walki z przeciwnikiem jest zamilczenie jego obecności. Dziwne, że w przypadku „ONR” metoda ta nie jest stosowana.
Nagle w otoczeniu „ONR” pojawili się tacy aktywiści jak Jacek Międlar i Roman Kneblewski, którzy jako księża „nacjonaliści” ustanowili patronat nad tym „nacjonalizmem”. Tu też trzeba przywołać Dmowskiego, który słowa „nacjonalizm” nie zwalczał, ale był wysoce powściągliwy w jego stosowaniu.
Znamienne zatem jest to, że tak Kneblewski, jak Międlar i inni tak wałkowali ten „nacjonalizm” na lewo i prawo. To łącznie z podążaniem za nurtem prymitywnej, doraźnej hasłowości, a żadnej pracy ideologicznej, której nie było i chyba nie będzie. I wyszło szydło z worka dość szybko, Międlar zaczął propagować księży „gotowych umrzeć za każdego żyda”, a Kneblewski zaczął głosić na YT konieczność przyjęcia do Polski żydów – „nawet gdyby mieli nam ponownie szkodzić”!
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/1316-wilki-w-owczej-skorze-ex-ks-kneblewski
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/910-syndrom-sztokholmski-ex-xiedza-miedlara-czy-agenturalna-ustawka
Kiedy zatem mamy tyle zmyłek, fałszywych flag, to należy postawić pytanie:
Kto faktycznie organizował marsz 1 sierpnia 2018 i kto za tym stał? Jaki jest prawdziwy cel takiego pochodu?
Bezczelność i bezmyślność Ewy Gawor z Ratusza musi być jakoś usytuowana w szerszym aspekcie i jej zachowanie oraz oświadczenia mogą odsłonić rąbka tajemnicy.
Sprawdźmy zatem, kto organizował marsz! Bo nie jest do końca jasne to, jaka organizacja była organizatorem marszu Powstania w dniu 1 sierpnia 2018 od Ronda de Gaulle,a do Placu Zamkowego.
Ale okazuje się, że pismo Ratusza (Ewa Gawor) o rozwiązaniu zgromadzenia zostało skierowane do „Pana Michała Jelonka” i jako takie chyba coś wyjaśnia, coś odwrotnego – to nie była organizacja.
DECYZJA NR WV/5310/ZG/1 /2018
Na podstawie art. 20 ust 3 ustawy z dnia 24 lipca 2015 r - Prawo o zgromadzeniach (Dz U. z 2018 r. poz 408. z póżn zm.). w dniu 1 sierpnia 2018 r, o godzinie 17.27:
1) rozwiązuję zgromadzenie zorganizowane przez Pana Michała Jelonka w dniu 1 sierpnia 2018 r w Warszawie, w godzinach 17 00 - 19 30. z planowaną trasą przejścia ulicami: Al. Jerozolimskie. Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście do placu Zamkowego
2) decyzji nadaję rygor natychmiastowej wykonalności.
UZASADNIENIE
W dniu 2 lipną 2018 r. do Prezydenta Miasta Stołecznego Warszawy wpłynęło zawiadomienie Pana Michała Jelonka o zgromadzeniu zwołanym w dniu 1 sierpnia 2018 r na rondzie Dmowskiego w Warszawie, z planowanym przemarszem Al. Jerozolimskimi i ulicami: Nowy Świat Krakowskie Przedmieście i Miodową do pl. Krasińskich. Zadeklarowano w nim udział 20 000 osób. Celem zgromadzenia miało być „upamiętnienie rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego"
W związku z tym. iż na pl. Krasińskich w Warszawie wcześniej zostało zgłoszone inne zgromadzenie, a ul. Miodowa i ul. Senatorska są w trakcie remontu całkowicie uniemożliwiającego przejście trasą wskazaną w zawiadomieniu w dniu 9 lipca 2018 r.
Czyli – w świetle decyzji Ratusza stroną marszu jest osoba fizyczna, a nie osoba prawna.
A więc to wielkie zgromadzenie, tak pod względem formowalno-prawnym, ideowym, honorowym, i społecznie rozpoznawalnym szło pod patronatem „Pan Michał Jelonek z Warszawy,” czyli jednej osoby fizycznej. Tak więc osoba fizyczna „Michał Jelonek” jest stroną konfliktu z Prezydent Warszawy, która jest osobą prawną. A gdzie „Prezydent Warszawy” jest reprezentowana przez urzędnika Ewę Gawor, która wykonała bezdyskusyjnie nakazy Danielsa, i to z tego powodu nie potrafiła uzasadnić decyzji o rozwiązaniu marszu.
Bo faktycznie, Gawor powinna przyznać tak jak Aazari po skandalu w Oświęcimiu – że szef (Netanyahu) tak kazał. Gawor powinna wykręcić się od odpowiedzialności i powiedzieć również: że szef Daniels tak kazał. A więc problem rozwiązania marszu to konflikt: naczelnik Daniels versus Michał Jelonek.
I zauważmy dodatkowo, ta sytuacja zablokowania marszu, w aspekcie oszustów fałszywych flag jest identyczna ze „sprawą Rybaka” tj. spalenia jakiejś kukły tekturowej - rok 2015, we Wrocławiu, która później okazała się żydem.
„Sprawa Rybaka” to jakiś klasyk ujawniający inwigilację środowisk narodowych przez Mossad, prostytucję polskiego rządu czy korupcję sądów i trzeba się nad tym chwilę pochylić.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnaHYPERLINK "http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/463-sprawa-piotra-rybaka-onr-mossad-szydlo"e/463-sprawa-piotra-rybaka-onr-mossad-szydlo
Była to poważna prowokacja Mossd`u - perspektywiczna, logistycznie skomplikowana, bo skierowana na późniejszą wizytę Beaty Szydłowej w Żydaerze, aby tam przed Netanyahu, w osobie premiera RP przeczołgać Polaków i posłusznie udokumentować walkę polinu z antysemitami.
Rybak dostał za tę prowokację 10 miesięcy więzienia, która to kara została później moderowana przez praczy sądowych na trzy miesiące.
Ale w kontekście blokady marszu 1 sierpnia 2018 w najwyższym stopniu jest istotne to, że demonstracja we Wrocławiu w roku 2015 była zaaranżowana przez „ONR”, który tak wymownie afiszował się w Warszawie 2018.
📷
W 2015 roku P. Rybak miał spalić jakąś tam flagę – tak było umówione, ale w rezultacie spalił jakąś tam kukłę podmienianą mu w ostatniej chwili. Kukła została spalona, a razem z nią jedyny dowód – co istotne - rzekomego jej żydostwa w postaci obrzezania na prąciu tej kukły– brak napletka. Co gorsza oskarżenie opierało się na zeznaniach świadków - żydów, którzy nie byli nawet obecni na miejscu zbrodni, ale widzieli zapis video, lub jednie słyszeli o takim zdarzeniu. Żydzi ci dali potem przed sądem dowód ze swojej trwogi i to było podstawą do skazania podpalacza Rybaka na karę więzienia. Czyli była to miniatura „holokaustu”, wersja Soah-Nano, gdzie w wersji wielkowymiarowej żydzi słysząc coś o masowych zbrodniach Drugiej Wojny Światowej podszywają się pod ofiary innych narodów, jako rzekomo ci, którzy „cudownie przeżyli” komory gazowe. Jeżdżą teraz po świecie, kłamią i oszukują, mnożą swoje „cierpienia” i ilości „niewinnych ofiar” – żydów oczywiście, których było 6 milionów, a co jest udowodnione, bo gwiazda dawidowa ma sześć rogów, czyli po milionie żydów na jeden róg.
Najistotniejsze w tym narastającym problemie anonimowości organizacji „patriotycznych” jest to, że tenże „ONR” nigdy sprawy Rybaka nie wyjaśnił, nigdy nikogo nie ukarał, nigdy nie wprowadził jakichkolwiek zmian organizacyjnych lub personalnych w związku z tym poważnym bezprecedensowym wyrokiem – rytualnym sądowym poniżeniem Polski przez żydów. Organizacje sojusznicze, jak i „narodowe” portale nie domagają się od „ONR” przeprowadzenia dochodzenia i złożenia wyjaśnień.
A podobnie jest z innymi przestępczymi wydarzeniami, np. z poprzednich marszów niepodległości. Jest symptomatyczne, że „nacjonaliści” czy „patrioci” bardzo dziwnie i wybiórczo traktują określone problemy i wszędzie tam, gdzie tylko pojawi się problem bezpośrednich interesów żydowskich, to nacjonalistów dziwnie nie widać. A jeżeli już są, to wysługują się żydom, bo szczują na inne narody np. Francuzów, za to, że ci nie bardzo chcieli walczyć przeciwko Niemcom, a i pomagali Niemcom wywózce żydów z Francji. Nacjonaliści widocznie muszą uważać, że Francuz musi pokornie godzić się na żydowski garb, a najlepiej, gdyby chwalił się swoim Ulmem.
Pomyślmy! Daniels nakazał zniszczenie jakichkolwiek znaków antysemityzmu i ksenofobi na marszach (i nie tylko tam). Dodatkowo, Polska ma żyda z Ameryki, który 11 listopada 2017 schował się w łazience ze strachu, że antysemici idą po niego. Sprawa tej żydziej kryjówki jest głośna w świecie, prawie tak jak Jedwabne. Wszystko to razem ukazuje ogromny potencjał negatywny i zapowiada prowokację na Marszu w listopadzie.
Zachodzi zatem pytanie: Jaką to formę prowokacji lub terroru żydzi przygotowali na 11 listopada 2018? Czy będą zabijać samych siebie, czy tylko Polaków?
Kto będzie mięsem armatnim, kto zamachowcem i jaką formę swojej beneficjencji zaplanowali żydzi?
Czy będą to jedynie aresztowania antysemitów, czy też rząd utworzy zony bezpieczne dla żydów, a więc takie mini-Izraele w polin: Warszawa, Wrocław, Kraków, Gdańsk, terytoria przygraniczne, Śląsk, Lubelszczyzna i Podkarpackie, Pomorze, etc. które otrzymają zwiększane uprawnienia samorządowe, a w ramach tego sformułuje się prawa „mniejszości” do szczególnej ochrony policyjnej. I te „mniejszości” w ramach wdzięczności i przezorności utworzą żydowskie getta, gdzie żydzi będą mogli osiedlać się i modlić się bezpiecznie.
Nie są to żadne wariactwa – tak żydzi skolonizowali Palestynę, a tam nigdy nie było tylu zdrajców co w Polsce.
Nasuwa się bardzo ważne pytanie:
- Na ile to….. w marszu „Pana Michała Jelonka” z dnia 1 sierpnia 2018 roku jest udziałów „ONR”, „Ruchu Narodowego”, „Marszu Niepodległości” i pozostałych organizacji, których ludzki wzrok nie ogarnie?
Nasuwa się drugie bardzo ważne pytanie:
- Na ile to w Marszu Niepodległości 11 listopada 2018, którego organizatorami będą: „Pan Michal Jelonek”, „ONR” - od palenia kukieł Rybaka, „nacjonaliści”, „faszyści” i „ksenofobi”, którzy – w jakiej to formie organizacyjnej stawią czoła Mossadowi, policji polin widocznej 1 sierpnia, no i Danielsowi.
Czy marsz będzie ponownie zablokowany przez idiotkę Gawor? Czy będzie to zwykle rozpędzenie przez rozhisteryzowany Ratusz, czy będzie to masowy zamach żydowski na uczestnikach Marszu.
Tyle było prób zablokowania Marszu, tyle razy strzelano z broni gładkolufowej, straszono podpalonym mostem.
Co będzie teraz?
Czy tam w tych partiach czy ruchach „nacjonalistów” jest rzeczywiście jakaś ideologia narodowa polska, czy też to jedynie bękarty Wildsteina i Doroty Kani. Które to pacany raz do roku pomagają żydom w wyprowadzaniu Marszu Niepodległości na Pragę, zamiast odwrotnie – wprowadzić marsz gwiaździsty demonstrantów z całej Polski na Centrum Warszawy.
Jest to pytanie, którego osnową ideologiczno-systemową nie są idee narodowe, bo ich nie widać i nie słychać, ale są za to liczne deklaracje i wypowiedzi osobników widzianych na czele marszu (żydków), liderów, którzy bardzo gorliwie debatują nad motywami decyzji Ewy Gawor: Czy koszulka była faszystowska, czy sierp i młot były przekreślone, czy był antysemityzm etc. etc. A więc autocenzura, czy syndrom sztokholmski.
To nie jest błahe! To nie świadczy jedynie o pustce umysłowej tych wodzów, ale i o tym, że pustka ta będzie zagospodarowana przez żydów! Jest to bardzo groźne, bo liderzy ci dokonują bardzo niebezpiecznego i szkodliwego w skutkach procesu nadmienianej autocenzury, syndromu sztokholmskiego czy propagowania tolerancji wobec żydów.
Gorzej nawet, oni tymi dyskusjami i usprawiedliwianiem się, podkładają się żydom i są otwarcie gotowi na:
Nacjonalizm – tak, antysemityzm- Nie.
Czyli nastąpi surowa cenzura marszu, obostrzenia wszelkiego typu, no i nie wiadomo w jakim kierunku, i o jakiej porze ten marsz ma maszerować.
+
Jest jeszcze trochę czasu i można powołać alternatywne zespoły marszu niepodległości.
Polska jest jedna i dla wszystkich Polaków, ale tylko dla Polaków. Marsz musi iść w ciągu dnia – a nie po nocy i musi mieć swój cel dojścia w ścisłym Centrum Stolicy.
Kryterium zebrania i marszu ma być jedność narodowa z surowym, wykluczeniem żydów, a bez wprowadzania napięć ideologicznych, partyjnych. Nikomu nie wolno narzucać haseł ani tym bardziej zakazywać wypowiedzi, symboliki czy sposobu stawiania kroków. Polskość to znaczy wolność, powściągliwość i szacunek do innego Polaka z przyjaźnią wobec innych narodów, ale do narodów, narodów faktycznych, osadzonych w swojej historii, a nie sztucznych zlepków, zbrodniczych, wyuzdanych, dokonujących najazdów na nasze zimie i domagający się tolerancji z naszej strony. Regulacja naszych norm i zachowań przebiega właśnie według takich kryteriów.
Darcie mordy z okrzykami „duma, nasza narodowa duma” czy „raz sierpem, raz młotem….” Nie leży nam do smaku, to szczególnie, kiedy to ci silni w gębie krzykacze są nieodpowiedzialni czy nieudolni i nie potrafią poprowadzić czoła marszu tak jak zaplanowano, bo jest to nasza narodowa godność i ogólnie rozumiane bezpieczeństwo przemarszu.
Blokada marszu 1 sierpnia 2018 ustanowiła na stałe poniżające kryteria narzucone Polakom (tamtym organizatorom) przez Danielsa. Te nieudaczniki stojące za organizacją tamtego bałaganu pójdą tylko w jednym kierunku: na autocenzurę marszu 11 listopada. Wszystko będzie zakazane, wszystko tak, jak Daniels nakazał. Ten, który nie podda się dyscyplinie będzie pałowany, pałowany przez „patriotów” – tak będzie.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/538-wojna-marszu-niepodleglosci-a-zydzi
Trzeba zatem, jak napisano powyżej, poprowadzić własny marsz, ale który musi przejść blokady policji i bandytów i dojść do celu.
In Christo
Krzysztof Cierpisz
08-08-2018
+++
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/178-kalendarium-konfliktu-oswiecimskiego
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/93-wolniewicz-lewactwo-izrael-czyli-ciszej-nad-ta-trumna
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/32-terror-zydowski-w-polsce-marsz-zywych-2014
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/339-k-cierpisz-jakim-agentem-byl-abp-s-wielgus-a-jakimi-i-czyimi-agentami-sa-bracia-kaczynscy
https://gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/1522-adam-doboszynski-ekonomia-krwi-i-obce-agentury
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/81-adam-doboszynski-list-do-zyda
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/1643-cala-tresc-decyzji-o-rozwiazaniu-marszu-powstania-warszawskiego
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/214-zydzi-rozpoczeli-zamach-na-polske
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/zamachwarszawski/230-to-zydzi-porwali-i-zamordowali-delegacje-do-katynia-w-dniu-10-kwietnia-2010
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2017.11.10 19:37 SoleWanderer Polski proboszcz marzy o teokracji

http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22625458,norman-daies-polski-proboszcz-marzy-o-teokracji.html
Prof. Norman Davies – ur. w 1939 r., wybitny historyk brytyjski i polski. Jako jeden z pierwszych badaczy zachodnich studiował w Polsce i pisał o historii Polski. Wydał m.in. książki: „Boże igrzysko. Historia Polski”, „Europa. Rozprawa historyka z historią”, „Mikrokosmos” (historia Wrocławia), „Powstanie ’44” (historia powstania warszawskiego), „Szlak nadziei” (o armii Andersa). Właśnie opublikował u nas książkę „Na krańce świata” (z podróży dookoła globu). Jest obywatelem brytyjskim i polskim, kawalerem Orderu Orła Białego
Maciej Stasiński: Pańska ostatnia książka „Na krańce świata” sprawia wrażenie summy pana wiedzy i doświadczeń. Ma się wrażenie, że wychodząc od nich, chciał pan opisać historię świata, jadąc dookoła niego.
Prof. Norman Davies: Bo ja wiem, czy summa? Raczej nowy początek. To próba obserwacji nowych krajów, każdy z nich był dla mnie nieznany. Chciałem sprawdzić, czy mam anteny do odbioru dziejów tych krajów. Cytuję tam poemat Tennysona o ostatniej podróży Odysa. Coś w tym jest. Może to taka ostatnia przygoda?
W końcu ja przez pół wieku pisałem o Europie. Byłem chyba pionierem pisania o tej drugiej Europie, po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. To była moja misja życiowa. Tym razem chciałem od Europy i europejskich spraw odpocząć. Ta podróż i książka są ćwiczeniem z uczenia się i odkrywania. Przy tym użyłem zgromadzonej wiedzy historycznej do zrozumienia nowych krajów i tematów, często dla nas wręcz egzotycznych. Mam nadzieję, że dla czytelników to będzie otwarcie innej perspektywy. Wie pan, jak się siedzi na Tahiti, to Europa leży bardzo daleko i jest strasznie mało znacząca.
Byłem dopiero co na spotkaniu z czytelnikami we wspaniałym Kutnie, tematem była poprzednia moja książka, o armii Andersa. Spytali mnie: „O czym pan teraz pisze?”. Mówię, że o mojej podróży dookoła świata i że nie będzie tam nic o Polsce. Dostałem brawa. To ciekawe, bo ja akurat uważam, że Polacy za dużo myślą o sobie i o swojej historii. Ja sam też czułem potrzebę oderwania się od niej. Nie było to celem mojej podróży, ale taką rolę ona odegrała.
W książce burzy pan wyobrażenia o imperializmie Europejczyków i potoczny w wielu krajach ogląd dziejów z punktu widzenia ofiary europejskiego czy amerykańskiego imperializmu. Pokazuje pan, że imperializmów było wiele i że podbój, zniewolenie, panowanie nad innym narodami zostały najpierw wypróbowane w samej Europie. Ale także, że te pozaeuropejskie światy wcale nie były wcześniej oazami pokoju i wolności. Panowały w nich te same mechanizmy podboju, niewolenia i wyzysku.
– Tak jest. To jest moja teza. Oczywiście, że Europejczycy padali ofiarą swoich imperializmów. Na Wyspach Brytyjskich kolejno Kornwalijczycy, Irlandczycy czy Szkoci byli ofiarami imperializmu angielskiego.
W czasie podróży dookoła świata powtarzałem te tezy na wykładach. Nie bito mi jednak mocnych braw. Grzecznie słuchano, ale nie było to tak dobrze przyjmowane, jak się spodziewałem. W Malezji młoda pani krzyczała na mnie, że bronię imperializmu europejskiego, a w Nowej Zelandii – wręcz przeciwnie – zaatakował mnie ktoś, twierdząc, że kwestionuję osiągnięcia zachodniej cywilizacji. Dobrze, że poruszyłem ten temat, ale nie trafiłem do publiczności, tak jak chciałem.
Czy więcej się pan w tej podróży nauczył nowych rzeczy, czy raczej pańska wiedza i erudycja się potwierdziły? A może zostały zanegowane?
– Myślałem, że jestem w pewnym stopniu erudytą, a okazało się, że mało wiem. Dowiadywałem się niebywałych rzeczy. Trochę wiedziałem o historii języków, zwłaszcza europejskich. Sir William Jones, też Walijczyk, jak ja, który był sędzią w Kalkucie w XVIII wieku, znał walijski, angielski, grekę i łacinę, a pracując w Bengalu, zaczął się uczyć bengalskiego. To on odkrył pokrewieństwo języków hindi i sanskrytu, z językami europejskimi. Od niego zaczęło się badanie języków indoeuropejskich. A na plaży w Polinezji dowiedziałem się, że jest wielka rodzina języków austronezyjskich, jest ich 3 tys. Mówią nimi mieszkańcy wysp rozproszonych od Madagaskaru po pacyficzną Polinezję. Odkryto ich wspólne korzenie w drugiej połowie XX wieku. To tylko jeden przykład mojej oszałamiającej niewiedzy.
Gdzie indziej moja wiedza się potwierdziła. W Azerbejdżanie przekonałem się, że 2 tys. lat temu nie było ani Azerbejdżanu, ani Azerów. Nie było też, rzecz jasna, islamu ani muzułmanów. Była za to Albania Kaukaska – wschodni limes imperium rzymskiego. Jest tam wyryta w kamieniu inskrypcja Rzymianina, który tam dotarł w II wieku. Zresztą wtedy nie było też na Wyspach żadnych Anglików, byli jacyś Walijczycy, Celtowie. To mnie utwierdziło w opinii, że koncepcja tzw. rdzennych ziem jest nowożytną fikcją i fałszem naszej epoki.
Kiedy w latach 60. przyjechałem do Polski, oficjalna polityka historyczna PRL-u była taka, że Polska wróciła na swoje odwieczne, rdzenne ziemie słowiańskie i polskie. To oczywiście w odniesieniu do tzw. ziem odzyskanych miało ostrze antyniemieckie. O Celtach nikt wtedy nie mówił.
Ambasadorem USA w Warszawie był wówczas Richard Davies, nazywał się tak jak mój ojciec i był walijskojęzycznym Amerykaninem, fanatykiem archeologii celtyckiej. Zaprzyjaźniłem się z nim i on zabierał mnie na wycieczki po Polsce. Kiedyś przyszedł urzędnik z MSZ i pyta: „No, panie ambasadorze, dokąd dzisiaj pojedziemy?”.
A Davies na to: „Zobaczymy kamienne kręgi celtyckie na Dolnym Śląsku”. Ten gość z MSZ mówi: „Co? Nie ma niczego takiego”. „Ależ są” – mówił ambasador. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, że ideologicznie można przerabiać nawet prehistorię.
I to jest jeden z tematów mojej książki. Miałem z moim londyńskim wydawcą różnicę zdań o tytuł. On chciał dać „Native Lands”. A ja się uparłem, że nie, bo nie ma czegoś takiego jak rdzenne ziemie. To fikcja. Każdy naród ma skłonność do twierdzenia, że tu mieszkał i panował od zawsze, że to jego odwieczne siedziby, a reszta to obcy, więc won! Ta wiedza mi bardzo pomogła, byłem dobrze przygotowany.
Ten powrót do rdzenności, nacjonalizmu, swojskości czy „naszości” widać wszędzie w Europie. A przecież po II wojnie światowej właśnie świadomość, że nacjonalizmy i totalitaryzmy wpędziły Europę w dwie wojny ludobójcze i że trzeba przekroczyć ramy narodowe i budować wspólnotę europejską, stała się ogromnym osiągnięciem cywilizacyjnym. Dlaczego Europa się kruszy?
– Nie mam wątpliwości, że to reakcja obronna na globalizację. Sporo ludzi woli wrócić do swoich małych ojczyzn i wspólnot. To strach przed utratą tożsamości, poczucia bezpieczeństwa. W każdym takim ruchu kryje się nostalgia za utraconym czasem czy rajem. Ale to wszędzie mity i fantazje.
W Polsce ideologię Blut und Boden [krew i ziemia], niemiecką przecież, przejęli narodowa demokracja i Roman Dmowski. Piłsudski i sanacja przez 20 lat walczyli przeciw tej ideologii. Polska przedwojenna była przecież wielonarodowa i wielowyznaniowa.
Poza Polakami mieszkali tu Żydzi, Białorusini, Ukraińcy, Niemcy, Litwini. Armia Andersa była odzwierciedleniem tamtej Polski. Po wojnie ideologię nacjonalistyczną przejęli polscy komuniści. Zresztą Stalin też to zrobił i był wielkorosyjskim nacjonalistą, nie bronił Gruzinów i innych narodów, przeciwnie. I ten rosyjski nacjonalizm najlepiej trzyma się dziś właśnie w Rosji Putina. Twierdzi on, że Krym to odwieczna rosyjska ziemia. Nonsens. W Wielkiej Brytanii brexit to także odruch angielskiego nacjonalizmu, który twierdzi, że ktoś Anglikom odbiera ich pewność siebie, pozycję na Wyspach, jacyś Szkoci, Europejczycy.
W Polsce PiS przejawia oczywistą nostalgię za PRL-em. Ci ludzie mówią, że są bardzo antykomunistyczni, ale w gruncie rzeczy chcą mieć swój PRL, swoje politbiuro oraz partię rządzącą kontrolującą całe państwo. Ma być silna władza, porządek, można znowu pluć na Niemców. Przecież „Rota” tak każe: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił”. Kaczyński w butach Gomułki.
Kaczyński przez 25 lat zbierał żywioły rozczarowanych ustrojem liberalnym. Wie, że tylko Polską opanowaną przez takie żywioły może rządzić, bo inna go wypluje. Ale dlaczego ta nacjonalistyczna matryca jest wśród ludzi tak żywa, że idzie za nią jedna trzecia dorosłych Polaków?
– M.in. dlatego, że popiera ją Kościół katolicki. Zgadza się, że Kaczyński zbierał tych wszystkich nieszczęśliwych, ale przecież najbardziej nieszczęśliwy był i jest kler albo jego większość. W Krakowie słyszałem przerażające kazania: „Żyjemy w bezbożnych czasach, liberałowie są jak komuniści, niszczą naród”, i inne takie absurdy. Lenin to liberał!? Stalin liberalniejszy?! Wierni cały czas łykają taką truciznę. Przegapiliśmy te zjawiska.
W czasach „Solidarności” Kościół czekał na nadejście teokracji. Wierzył, że jak upadnie komunizm, to on wkroczy do swojego królestwa, gdzie proboszcz będzie pił herbatę z sekretarzem czy ministrem, a państwo będzie za pan brat z Kościołem. Zamiast tego dostał państwo świeckie, przynajmniej formalnie, potem prezydentem został Aleksander Kwaśniewski. I przyszła bezbożna Unia Europejska – wbrew nadziejom Kościoła na teokrację.
Ale papież Jan Paweł II miał w tej sprawie całkiem inne zdanie. – Jasne, ale on hamował polski Kościół tylko tak długo, jak mógł, czyli dopóki żył. A kiedy odszedł, od razu odezwała się cała ta reakcyjna ideologia. I PiS krzyczał, że robi politykę zgodną z naukami papieża. To nonsens.
Znak, w którym od zawsze wydaję swoje książki, „Tygodnik Powszechny” – to jest ten Kościół liberalny i otwarty, który został potępiony. Przecież papież Franciszek też jest potępiany w Polsce. Jakby katolicyzm nie był ze swej istoty uniwersalny, czyli powszechny, tylko narodowy!
A dlaczego idą za tym młodzi ludzie?
– Kościół ma duże wpływy także wśród młodych. W szkołach jest mnóstwo lekcji religii. Kościół podsyca nastrój, że ojczyzna jest w niebezpieczeństwie, poczucie zagrożenia ze strony obcych. Młodzież ma wybór: wyjechać lub posłusznie zostać. Chyba wyjeżdżają ci odważniejsi i lepiej wykształceni, a zostają ci bojaźliwi. W Wielkiej Brytanii mam kontakty z młodymi Polakami, którzy wcale nie chcą wracać do Polski, bo im się ta atmosfera nie podoba. Zaczepiła mnie niedawno w autobusie młoda Polka, która mnie poznała. Zaprosiliśmy ją. Przyszła ze swoim partnerem, Ugandyjczykiem. Opowiadała, że nie może wrócić z nim do Polski.
Polska po wojnie została sztucznie wyprana z etnicznego bogactwa nie przez swą decyzję, tylko przez historyczny los. Przed wojną Polacy byli w Polsce większością, ale każdy miał sąsiada – jak nie Żyda, to Niemca, jak nie Ukraińca, to Białorusina.
Po wojnie młodzi Polacy nie nauczyli się, co to jest współżycie wielu kultur, wyznań, ras. Mój syn Christian jest w Polsce i lubi tu być, ale to jedno uważa za dziwne. On się wychował w warunkach, w których pluralizm rasowy i wyznaniowy jest normą. Tak samo jest we Francji czy Niemczech. Młodzi Polacy rzadko to znają, nie mają takich kolegów w szkole czy na osiedlu. W 5--tysięcznym Kutnie jest pewnie bardzo mało obcokrajowców. Dla młodych Polaków oni są obcy, groźni. Na takiej glebie kwitnie ideologia PiS-u.
Rodzina mojej żony pochodzi ze Lwowa, po wojnie „przesiedlonego” na zachód. O Wrocławiu, w którym osiedliło się wielu Kresowiaków, napisałem książkę. Ci ludzie przeszli w czasie wojny i po wojnie prawdziwą „pralkę”, wymieszanie ziem i ludzi: Lwów i Wilno, Wrocław czy Szczecin. Co Szczecin miał wspólnego z Polską? I gdzieś kryje się strach, że to wszystko może zostać odebrane i trzeba bronić języka, ziemi, Kościoła.
Ale skąd u młodych kult tych prostych anachronicznych prawd: Bóg, Honor, Ojczyzna, powstanie, „żołnierze wyklęci” itd.? Przecież to mity i wiek XIX.
– Wie pan, niektóre prymitywne ludy wyspiarskie na Pacyfiku po zetknięciu się z przybyszami z Europy popadają w tzw. kulty cargo, wierzenia w nadejście nowego porządku. Gdzieś czczą Nixona, gdzie indziej w Afryce kapłan przekonuje ludność do masowego uboju bydła, po którym nastanie szczęśliwość itp. Taka wiara w nowy początek występuje też gdzie indziej. Brexitowcy w Wielkiej Brytanii wierzą, że kiedy Wielka Brytania odejdzie z Europy, to się odrodzi.
Czasem jesteśmy bezradni wobec tego, co się dzieje. Jak wytłumaczyć Donalda Trumpa? Wiadomo, że takie typy istnieją, ale żeby ktoś taki wygrał wybory i został prezydentem pierwszego państwa wolnego świata!? To dla nas za dużo. Brak nam zasobów intelektualnych, żeby to zrozumieć. Dlatego sięgamy do antropologii, do kuriozów psychologii zbiorowej, żeby pojąć takie zjawisko.
Czy Kaczyński wiedział więcej? To raczej instynkt. On wyczuł, że jest jakaś społeczna nisza, i wszedł w nią.
11 listopada to rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. Za rok setna. Mam poczucie wielkiego fałszu, kiedy celebruje się tę datę dzisiaj, w sytuacji gdy wielbiące ją władze wyprowadzają Polskę z Europy na jakieś dzikie pola. Polska w Europie albo nigdzie, tak myślę. Co pana zdaniem dla Polaków powinna oznaczać ta rocznica?
– Ja obchodziłem ją przez wiele lat, kiedy w Polsce była zakazana. Wykładałem o niepodległości Polski raz do roku od Chicago po Adelajdę i w całej Wielkiej Brytanii. To było potrzebne, bo wtedy w Polsce były tylko 1 Maja i rocznica rewolucji październikowej. Dziś niepodległość jest, ale kontekst się zmienia. Narodziny państwa polskiego są ważne, ale trzeba pamiętać, jak krótko ono trwało. Nie tylko to, jak się zaczęło, ale też to, jak się skończyło zaledwie 21 lat później.
Nie ma co zbyt mocno trąbić o niepodległości, suwerenności i prawie do samostanowienia, jak często wielu robiło w Europie. Bezmyślne mówienie wciąż o sobie do niczego dobrego nie prowadzi. Nie ma co uderzać w tony triumfalne. Historia II Rzeczypospolitej była tragiczna. Niekoniecznie z winy Polaków, ale też nie bez niej. Polska niepodległa nie była bez skazy. Trzeba mówić o rocznicy niepodległości, ale chodzi o ton i dobry gust. Należy zawsze pamiętać o ciemnych stronach.
Zwłaszcza dziś ten triumfalizm jest bez sensu. Polska stała się niemal czarnym ludem w Europie.
– To może przesada, choć w tym kierunku zmierzają zdarzenia. Możliwe jednak, że rząd PiS-u nie potrwa długo albo będzie się zmieniał. Historia jest pełna niespodzianek. Opowiadanie o mocarstwowości Polski to oznaka słabości. Mówi pan: Polska samotna, w Europie albo nigdzie. Gdzieś będzie. Tylko gdzie?
Mówię o Polsce z pewnym skrępowaniem, bo mój pierwszy kraj zaraz może być wyspą dryfującą po oceanie. Wielka Brytania jest może nawet bardziej podzielona niż Polska, nie tylko między rząd i opozycję, skłócona jest też partia rządząca. Premier May jest niewolnicą tych podziałów.
Rząd próbuje przeprowadzić brexit bez parlamentu, ale to wbrew tradycji brytyjskiej. Parlament jest ostatnią suwerenną instancją. Rząd próbuje też rządzić bez konsultacji ze Szkocją, Walią i Irlandią Płn. Jeśli do brexitu dojdzie, pewne jest nowe referendum w Szkocji, nastąpi separacja i koniec Zjednoczonego Królestwa. Ten rozpad zaczął się w 1922 r., kiedy oddzieliła się Republika Irlandzka. Potem II wojna kraj zjednoczyła, ale po wojnie siły odśrodkowe narastały.
Może jednak do brexitu nie dojdzie, może w ostatniej chwili w obliczu katastrofy nastąpi bunt i parlament to zatrzyma. Ale brexit i rozpad Zjednoczonego Królestwa nadal są możliwe. Wtedy będzie trzęsienie ziemi. I skutki odczują wszyscy. Jak odpadnie taki płatnik do budżetu Unii, to poczują to ci, którzy biorą więcej. Zjednoczone Królestwo może się stać zaginionym królestwem, napisałem o takich książkę. Unia też może się takim stać. Może nawet trwa wyścig, kto pierwszy zniknie. To wszystko jest groźne, ale nie wiemy, czy śmiertelne. Stary historyk wie, że nic nie jest wieczne. Nawet Związek Sowiecki wyglądał mocno dzień przed śmiercią.
Polski rząd niszczy Muzeum II Wojny, którego kolegium programowemu pan przewodził.
– Jestem dumny z tego, co zrobiliśmy przez osiem lat. Świetna załoga, doskonały dyrektor. Pokazaliśmy znakomitą panoramę II wojny. Nie brak mocnych akcentów polskich, ale przecież to była wojna światowa, a nie wojna Polski przeciw reszcie świata. Trzeba pokazywać bohaterstwo, ale też jego brak. Równowaga na wystawie jest dobrze zachowana. Jednak dla ludzi, którzy chcą mówić tylko o Polsce, to oczywiście nie jest dobra wystawa.
Rząd nie znosi głównego przesłania wystawy, antywojennego i antynacjonalistycznego.
– Chcą wystawy ideologicznej i selektywnej dla posłusznej publiczności. Ale ekspozycja jest ogromna. Nie wiem, czy dadzą radę ją zmienić krok po kroku, jak próbują. Na razie nie podburzają przeciw niej gniewu ludu, jak bywało w PRL-u. Wierzę, że Polacy to buntownicy i tolerują takie rzeczy tylko do czasu.
Czy obecna recydywa nacjonalizmu w Europie i Polsce to ostatnie podrygi anachronicznej XIX-wiecznej wsobnej ideologii, czy raczej fala reakcji, która na długo pogrąży nas w smucie?
– Jestem zdania, że niestety raczej to drugie. To wygląda na bardzo głęboką reakcję na zmiany w świecie. Na utratę poczucia bezpieczeństwa, tożsamości, pewności. Europa miała wojnę co pokolenie. Teraz ma najdłuższy od XIX wieku okres pokoju. Panuje jakiś dyskomfort, „ból” pokoju. Nagromadzenie złych emocji nie wiadomo skąd. Kiedy jest bezrobocie i nędza, to zawsze rodzą się skutki polityczne. Ale tym razem tego nie ma. Zwłaszcza w Polsce. Ta nowa choroba powstała, kiedy wszystko szło raczej dobrze. Przecież tych zjawisk nie było w latach 90. XX wieku, kiedy nastąpiła całkowita zmiana ustroju. Wtedy wszystko obyło się bez wstrząsów. To, co się dzieje, jest nieracjonalne i nie tak oczywiste, jak wcześniej bywało.
Jako prekursor piśmiennictwa historycznego sklejającego dzieje Europy, do niedawna podzielonej wedle pańskiego bon motu „East the beast, West the best”, ma pan poczucie spełnionej misji?
– To niekończące się zadanie, ale, owszem, mam poczucie, że moja praca dała efekty. Piszę o Europie od 50 lat i widzę, że nawiązania do moich książek, cytaty z nich są liczne, żywe i aktualne. Wywarły wpływ na myślenie o Europie. Historia kontynentu na Zachodzie przed publikacją w 1996 r. mojej „Historii Europy” w Oxford University Press wyglądała zupełnie inaczej. Ona nadal się sprzedaje i się nie starzeje.
Ale nie mogę iść spać. Stereotypy o Europie Wschodniej mają długie nogi i wracają wciąż w nowych formach. Nie chodzi tylko o relacje Wschód – Zachód, ale także Północ – Południe. W ogóle chodzi o włączanie wszystkich wątków i obszarów, o historię inkluzywną, a nie selektywną. Nie można wybierać krajów wygodnych czy pasujących do tez jak wisienek. Historyka obowiązuje ogarnianie całości. To ideał, jednak trzeba go ścigać.
Ma pan satysfakcję, że pana szkoła trwa? Młodsi od pana poszli w pana ślady i uczyli się języków, żeby sięgać do źródeł i pisać o Europie Wschodniej: Timothy Garton Ash, Tony Judt, Timothy Snyder, wcześniej Daniel Beauvois.
– Oczywiście. Byłem egzaminatorem na obronie świetnego doktoratu Timothy’ego Snydera. Beauvois i ja jesteśmy nestorami tej szkoły. Ale mam kolegów i kontynuatorów. To mnie cieszy.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.08.28 10:49 ben13022 Jurij Szuchewycz: Wołyń ludobójstwem? Ile wam Kreml zapłacił? [Wywiad]

W lipcu Polska wypowiedziała Ukrainie wojnę. Wojnę hybrydową. Czego się spodziewaliście? Macie teraz naszą odpowiedź na swój zdradziecki atak. Wojna to wojna. Ale to nie my ją rozpoczęliśmy - usłyszałem w słuchawce telefonu, zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej niż "dzień dobry" i zapytać o projekt uchwały ukraińskiego parlamentu o "historii ludobójstwa narodu ukraińskiego dokonywanej systematycznie i konsekwentnie przez państwo polskie".
To nie była nasza pierwsza rozmowa. Jurija Szuchewycza, syna komendanta Ukraińskiej Powstańczej Armii, poznałem dwa lata temu. Spotkaliśmy się kilka razy we Lwowie i przegadaliśmy długie godziny. Ich owocem były wywiady w "Gazecie Wyborczej" i w mojej książce o Ukrainie. Tyle że mówiliśmy wtedy o obaleniu Janukowycza, ukraińskiej rewolucji oraz o samym Szuchewyczu i jego niezwykłym życiu.
Pojechałem też do Lwowa kilka dni po przyjęciu przez polski Sejm uchwały o tym, że "ofiary zbrodni popełnionych w latach 40. przez ukraińskich nacjonalistów do tej pory nie zostały w należyty sposób upamiętnione, a masowe mordy nie zostały nazwane - zgodnie z prawdą historyczną - mianem ludobójstwa".
Wiedziałem, że nie będzie łatwo - do tej pory omijaliśmy temat Wołynia - ale nie spodziewałem się, że aż tak...
Atmosfera od początku była zła. Szuchewycz wyznaczył spotkanie w centrum miasta w modnej, drogiej wiedeńskiej kawiarni. Przyszedł w towarzystwie żony Lesi i poselskiego asystenta.
Zatkało mnie: - Jaka Moskwa? Komu? Za co?
Jurij Szuchewycz jest na Ukrainie, zwłaszcza zachodniej, pomnikiem. Niekwestionowanym tam autorytetem moralnym, kimś w rodzaju świeckiego przywódcy duchowego.
Ma 83 lata i życiorys męczennika. Jako syn zamordowanego w 1950 r. przez NKWD legendarnego komendanta UPA Romana Szuchewycza, sam nie mając nic na sumieniu, został aresztowany przez Sowietów jako 15-letni chłopiec i z krótkimi przerwami przesiedział w łagrach ponad 30 lat. W celi stracił wzrok. Wyszedł w 1989 r., w przededniu odzyskania przez Ukrainę niepodległości.
Po zwycięstwie Majdanu w 2014 r. zdobył mandat deputowanego Wierchownej Rady, gdzie w sprawach dotyczących historii jego głos jest wpływowy, zawsze słuchany z uwagą i szacunkiem.
W lipcu jako jedyny deputowany towarzyszył przewodniczącemu Wierchownej Rady Andriejowi Parubijowi w zakończonych fiaskiem negocjacjach z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim dotyczących wspólnego stanowiska w sprawie rzezi wołyńskiej. A po przyjęciu polskiej uchwały służył radą deputowanemu Ołehowi Musijowi, autorowi projektu "odwetowej" uchwały ukraińskiego parlamentu o polskim ludobójstwie.
Panie Juriju, pan mówi poważnie o pieniądzach z Moskwy?
Po co Putinowi taka uchwała polskiego Sejmu?
Nie potrzeba Putina, by Bandera i jego koncepcje dzieliły Ukraińców. Nie tylko w Polsce nie jest on darzony sympatią. Spotkałem wielu Ukraińców bardzo sceptycznych wobec ideologii banderowskiej.
Nie uważa pan, że to nie jest uczciwe postawienie sprawy, zwłaszcza wobec ukraińskiej młodzieży: albo Bandera, albo Putin. Szantaż moralny: jeśli nie jesteś wyznawcą Bandery, znaczy, żeś nie jest patriotą, gorzej - jesteś separatystą, zdrajcą. Jakby nie można było być liberałem czy socjalistą i jednocześnie patriotą.
To pan był autorem ustawy, która podważanie zasług OUN i UPA dla ukraińskiej niepodległości uważa za przestępstwo. Szacunek można wymóc ustawą i groźbą kary?
Co jest takiego w uchwale polskiego Sejmu dotyczącej Wołynia, że wywołała na Ukrainie tak skrajne emocje, a u pana, jak widzę, wywołuje wręcz gniew?
Czy ktoś tam wspomniał, jakie były przyczyny konfliktu polsko-ukraińskiego na Wołyniu? Czy mówi się tam o brutalnej okupacji ukraińskich ziem etnicznych przez II Rzeczpospolitą, o paleniu naszych cerkwi albo odbieraniu ich nam przez katolików, o policyjnych pacyfikacjach wiosek, wysiedleniach, wypędzeniach, o tym, że samo słowo "Ukrainiec" było zakazane, a Polacy wprowadzili do obiegu upokarzające nas określenie "Rusin"?
Wołyń traktowaliście jak rezerwuar taniej siły roboczej, niewolniczej wręcz. Pogarda polskich kolonistów dla "chama" Ukraińca czy określenie "bydło", którym nazywano ukraiński lud, tkwią w pamięci każdej wołyńskiej czy galicyjskiej rodziny. Wie pan, jakie jest moje pierwsze wspomnienie związane z ojcem? To widzenie w Berezie Kartuskiej - polskim obozie koncentracyjnym dla Ukraińców. Miałem cztery lata, ale pamiętam.
Nie wspomina się też w waszej uchwale o planowym mordowaniu Ukraińców na Chełmszczyźnie, Podlasiu i Zasaniu, które Armia Krajowa rozpoczęła jeszcze w 1941 r. Przez niemal całą okupację w stosunku do ukraińskiej ludności polskie podziemie szło ręka w rękę z sowiecką partyzantką, wszystko, byle tylko przywrócić okupacyjne granice sprzed 1939 r. i oczyścić z Ukraińców ziemie aż po Zbrucz.
A wasza akcja "Burza"? O niej też cisza, a była to ostatnia desperacka próba współpracy z Sowietami, znów w imię utrzymania polskich imperialnych zdobyczy na etnicznych ziemiach Ukraińców.
Rzezi wołyńskiej zaprzeczyć jednak nie można. Nie można zaprzeczyć planowemu mordowaniu cywilnej ludności polskiej, starców, kobiet i dzieci. Jak rozumiem, sprzeciw na Ukrainie budzi określenie "ludobójstwo".
A nie ponoszą tej odpowiedzialności? Co się w takim razie według pana stało w 1943 r. na Wołyniu?
I podczas tej samoobrony wybito 80 tys. ludzi?
Zastanawiam się, czy gdybym był Ukraińcem, to wolałbym, by historia zapamiętała rzeź wołyńską jako spontaniczne powstanie ludowe, gdzie znający się od lat ludzie mordują swoich sąsiadów, czy też raczej jako akcję wywołaną z inspiracji i na rozkaz nacjonalistów. I chyba wołałbym wierzyć, że moi dziadowie zostali zaczadzeni zbrodniczą ideologią i działali na rozkaz, niż że pewnego dnia sami z siebie wzięli siekierę, piłę i poszli do chaty sąsiada wymordować całą jego rodzinę.
To postkolonialna manipulacja. Pomysł zmierzający do ponownej dekapitacji narodu ukraińskiego. Pozbawienia go przywództwa i wartości, tak by znów stał się bezwolną niewolniczą masą, której można będzie narzucić obce wartości i przywództwo. W tym sensie postępujecie wobec Ukrainy dokładnie tak jak Moskwa. Prezentujecie podobne moskiewskiemu postkolonialne i postimperialne myślenie, co pokazał otwarcie wasz Sejm 22 lipca. Sądzi pan, że nie wiem, co Polacy kryją w głębi serca? Sentymenty o Polsce od morza do morza! Ot co! Wilno nasze, Lwów nasz.
Nigdy nie słyszałem w Polsce ani jednego poważnego głosu, czy to polityka, czy to działacza społecznego, który by kwestionował granice ustalone w Europie po 1945 r. W przeciwieństwie do pana, który nieraz mówił, że jeszcze nie wszystkie ukraińskie etniczne ziemie wróciły do macierzy, i wymieniał jako takie rosyjski Kubań i ziemie nad Donem, na zachodzie zaś Podlasie, Chełmszczyznę, Zasanie i Łemkowszczyznę. Już sam termin "ziemie etniczne" jest dziś niedopuszczalny.
Przez lata nie mogliście o tym głośno mówić, czekaliście na moment słabości Ukrainy. Teraz, kiedy my toczymy wojnę z Moskwą, wy jak zwykle wbijacie nam nóż w plecy. Towarzysze mojego ojca z UPA często opowiadali mi, że gdy oni walczyli z Sowietami albo Niemcami, to AK tylko czekała na okazję, żeby zadać im cios od tyłu.
Pan wybaczy, ale skala ukraińskiej kolaboracji z hitlerowcami nie miała precedensu na terenach byłej II RP. Ukraińska policja pomocnicza...
Oni nie pilnowali gett żydowskich ani obozów jenieckich...
Widać to nawet dziś, bo o Katyniu grzecznie milczycie, a za Wołyń domagacie się od Ukraińców nieustających aktów pokajania. Gdy do Lwowa albo do Równego przyjeżdżają na przepustki chłopcy z frontu z Donbasu, to co oni czują, kiedy dowiadują się, że ktoś, kto wydawał się sojusznikiem, mówi o ich bohaterach i ideałach tym samym głosem co rebelianci? Otóż czują, że znów dostali cios w plecy. Wie pan, że w Ługańsku rebelianci urządzili oficjalną uroczystość upamiętniającą "ofiary rzezi wołyńskiej"?
Pana teza o antyukraińskiej współpracy polsko-moskiewskiej jest krzywdząca i nieprawdziwa. Między Polską a Rosją nie było w ostatnich latach gorszych stosunków niż dziś. I jest to spowodowane między innymi, jeśli nie przede wszystkim, polskim wsparciem dla ukraińskich dążeń niepodległościowych.
Zatkało mnie. Mówię po ukraińsku płynnie, ale zdecydowanie lepiej po rosyjsku. W tym dwujęzycznym kraju używam raz jednego, raz drugiego języka. Czasem automatycznie, nawet nie zastanawiając się nad tym, zaczynam po rosyjsku i po kilku zdaniach się przestawiam. Ale nigdy nikt na Ukrainie nie robił najmniejszego problemu z powodu języka, którym się mówi. Także sam Szuchewycz.
Wcześniej spotykałem się z panem Jurijem w cztery oczy. Siadaliśmy w skromnej kawiarence obok jego domu, gdzie Szuchewycz miał swój stolik, albo spacerowaliśmy po Lwowie. Niewidomy starzec, wspierając się na moim ramieniu, wyraźnie zrelaksowany, przerywał "służbowe" wątki naszej rozmowy dygresjami na temat miasta i starymi galicyjskimi anegdotami, wydawało mi się, że zadzierzgnęła się między nami nic szczerej sympatii. Mówiliśmy raz po ukraińsku, raz po rosyjsku. Zdarzały się Szuchewyczowi wstawki po polsku. Cytował z pamięci Słowackiego i Norwida.
Co się nagle popsuło między nami? Przed spotkaniem z Lesią Szuchewycz, urodzoną w Niemczech córką ukraińskiego emigranta, żołnierza UPA, ostrzegali mnie dawni towarzysze pana Jurija. Twierdzili: "To fanatyczka".
A mówili to członkowie założonej przez Szuchewycza w latach 90. partii UNA i jej bojówki UNSO. Ludzie, którzy na ochotnika walczyli w Naddniestrzu, obu wojnach czeczeńskich, Gruzji i wszędzie tam, gdzie można było "bić Moskala". Jeszcze niedawno wydawało się, że na prawo od nich jest już tylko brunatna mgła.
W ciągu dwóch lat wojny w Donbasie Ukraina i Jurij Szuchewycz osobiście dokonali jednak ostrego zwrotu. Na scenie politycznej pojawiły się nowe agresywne ugrupowania i zradykalizowały się istniejące. Dawni koledzy mówią, że to Lesia namówiła Szuchewycza, by porzucił UNA-UNSO i dołączył do Ołeha Laszki, szefa Partii Radykalnej, który narodowo-socjalnym populizmem przelicytował wszystkich.
Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Rozmowa przestawała przypominać wywiad, nasz dialog zaczął się zamieniać w konfrontację. Wystarczyła jedna sejmowa uchwała, żeby w jednej chwili zniknęła cała polityczna poprawność i zwyczajne przejawy sympatii czy przynajmniej szacunku i zrozumienia, które towarzyszyły naszym wcześniejszym spotkaniom.
Problem w tym, że to wspólna historia. Czy ma ona wyglądać tak jak w projekcie ukraińskiej uchwały? Znam pana poglądy, jest pan nacjonalistą, ale pochodzi pan z inteligenckiej lwowskiej rodziny. Pradziadek etnograf, badacz huculszczyzny, dziadek sędzia, ojciec i stryj inżynierowie. Pan to widzi wyłącznie w czerni i bieli? Czy historia Ukraińców w II RP to rzeczywiście opowieść o ludobójstwie? A co z ukraińskimi legalnymi partiami politycznymi? Posłami mniejszości z wicemarszałkiem Sejmu II RP Wasylem Mudrym na czele?
Nie wszyscy Ukraińcy widzą stosunki polsko-ukraińskie tak, jak je opisuje uchwała. Podobnie jest z rzezią wołyńską. Temat jest wykorzystywany jako oręż do walki politycznej przez propagandę promoskiewską, ale interesują się nim też zwykli ludzie, którzy chcą poznać niezideologizowaną prawdę historyczną. W Odessie na przykład miejscowa młodzież, koło fascynatów historii, przy wsparciu diaspory żydowskiej zorganizowała wystawę o Wołyniu '43. Urządzili ją w murach rosyjskiego teatru, ale ani z rebeliantami, ani z Putinem nie mają nic wspólnego, wcześniej robili seminarium o obronie Sewastopola, bezwzględnie krytyczne wobec dowództwa Armii Czerwonej.
Od znajomej dziennikarki z Odessy.
A co to ma do rzeczy?
Jakie służby?
PS Tekst jest relacją z trzech rozmów z Jurijem Szuchewyczem z lipca i sierpnia 2016 r. Bezpośredniej we Lwowie i dwóch późniejszych telefonicznych.
*Jurij Szuchewycz - ur. w 1933 r., deputowany do ukraińskiego parlamentu. Sowieci aresztowali go w 1948 r., tuż po 15. urodzinach. W więzieniach i łagrach spędził 31 lat i stracił tam wzrok. Jego ojciec Roman był komendantem UPA współodpowiedzialnym za czystkę etniczną Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
Źródło: http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,132749,20605197,jurij-szuchewycz-wolyn-ludobojstwem-ile-wam-kreml-zaplacil.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]